Clock Machine w Alpe d'Huez | TAKSIDI

Clock Machine

Czterech zdrowych chłopaków chwyciło za instrumenty by zniszczyć wasze szare życie. Rock'n'roll bez wyrzutów sumienia może odejść na emeryturę, nadchodzi Clock Machine. Są młodzi, przystojni i bezkompromisowi. Zwinęli główne nagrody m.in. na 41 festiwalu FAMA i Rock Open Air w Siedlcach. Dzięki głosom słuchaczy Eski Rocki widzom TVN zagrali na Orange Warsaw Festival 2012. Laureaci Eliminacji do Przystanku Woodstock oraz Empik Make More Music. Wychowani na krakowskich przedmieściach pną się do miejsca, z którego droga prowadzi już tylko w dół. Tacy są.

Michał z Igorem znają się od dziecka. Razem chodzili do przedszkola, razem palili pierwsze papierosy, całymi dniami włócząc się bez celu. To w ich głowach, w opuszczonej krakowskiej kamienicy na Dietla powstał pomysł, aby założyć zespół.  Żaden z nich jednak nie miał pojęcia o muzyce. Po długich poszukiwaniach do składu dołączył 16-letni basista Kuba oraz garowy Piotrek, który miał już wtedy brodę. Chłopcy odpuszczają chodzenie do szkoły, każdą wolną chwilę spędzają w garażowej salce prób. Po omacku szukają prawidłowych dźwięków, które z czasem stworzą namiastkę ich unikalnego stylu.

Momentem przełomowym w karierze zespołu okazało się podpisanie lukratywnego paktu z diabłem, poprzez odprawienie nago szamańskiego rytuału na 10 piętrze mieszkania Michała w Nowej Hucie.

Wtedy pojawiły się pierwsze sukcesy m.in. Grand Prix 41 FAMY, trasa supportów przed Comą, WOW Music Award 2012, występy na Seven Festiwal, Orange Warsaw Festiwal czy Dużej Scenie Przystanku Woodstock.

W 2011 roku podpisują kontrakt z Universal Music Polska i po kilku miesiącach wydają w wytwórni ich debiutancką EP, której nakład znika ze sklepowych półek w przeciągu kilku tygodni.

Po jednym z żywiołowych koncertów, chłopakami z Clock Machine zainteresował się Andrzej Puczyński – znana postać w branży muzycznej, odpowiedzialny za sukces takich zespołów jak Hey, Edyta Bartosiewicz czy Kasia Kowalska. Postanawia osobiście zająć się produkcją ich debiutanckiego albumu. Tym sposobem chłopcy trafiają do Izabelin Studio, wylęgarni polskich talentów.

„GREATEST HITS” - debiutancki pełnowymiarowy krążek zespołu Clock Machine. Zawiera 10 autorskich piosenek. Wielokolorowy - bo wierzą, że każdy kawałek może nieść swoją niepowtarzalną barwę. Przyznają się do inspiracji brudnym, organicznym rockiem spod znaku Jacka Whita, ciężkimi riffami Rage Against the Machine, funkowemu szaleństwu RHCP jak i grunge’owej melodyjności Seattle '90. Nie odkrywają na nowo Ameryki, bo nie takie było założenie. Upraszczają zamiast siłować się z kreowaniem nowatorskich gatunków. Paradoksalnie, największa siłą tego krążka jest ograniczony zasób muzycznych „słów”, jakimi posługują się Clocki. Na swój sposób traktują tradycję rock'n'rolla. Uzbrajają bombę, którą z ogromną satysfakcją zdetonują na koncertach.

Dodajmy do tego niepowtarzalny głos Igora Walaszka. Chłopak urodził się z wielkim talentem, barwą, o której wielu ciężko harujących adeptów sztuki wokalnej może tylko pomarzyć. I jak na prawdziwego frontmana przystało – zupełnie o to nie dba. Nieprzyzwoicie bawi się, jakby zawsze miał mieć 20 lat. I właśnie to usłyszycie w jego tekstach.

Clock Machine nie jest kolejnym projektem muzyków sesyjnych z wielkimi nazwiskami, nastawionymi na szybką kasę. Naiwnie wierzą, że w czasach w których muzykę sprzedaje się jak hamburgery, mogą wiele zmienić w świadomości słuchaczy.

newsletter